Marta Kamińska

Pierwszy odcinek mojego podcastu – rozmowa z Jadwigą Korzeniewską. + TRANSKRYPCJA

Sama nie mogę w to uwierzyć, ale to dzieje się naprawdę! Oddaję w Twoje ręce, (a właściwie w Twoje uszy ;-)) pierwszy odcinek mojego podcastu – 7: Kobiety, którym chce się chcieć.

Zapraszam Ciebie do wysłuchania genialnej rozmowy z Jadwigą Korzeniewską, która jest socjologiem, trenerem, coachem i autorką bloga Laboratorium Zmieniacza. Razem z Jadwigą rozmawiamy o motywacji, nawykach, pracy na freelansie i noworocznych postanowieniach. Jeśli właśnie biegasz, kroisz warzywa na sylwestrową sałatkę albo wyruszasz w podróż pociągiem – koniecznie posłuchaj podcastu i daj się zainspirować. Naprawdę warto!

Mój podcast znajdziesz na takich platformach, jak: YouTube, Spotify, PodBean. A poniżej specjalny prezent dla Ciebie – transkrypcja 55-minutowej rozmowy. Wybierz tą formę, która najbardziej Ci odpowiada i śmiało zapoznaj się z niezwykle merytorycznym i zabawnym materiałem, jaki razem z Jadwigą stworzyłyśmy specjalnie dla Ciebie.

Transkrypcja || Odcinek 01

Marta Kamińska: Cześć Jadwigo

Jadwiga Korzeniewska: Cześć Marto.

MK: Słuchaj, bardzo się cieszę, że dzisiaj bierzesz udział w podcaście. Jadwiga, powiedz nam, bo jesteś socjolożką, pracujesz jako trenerka i jako coach, pomagasz innym ogarniać ich nawyki, a nawet przeczytałam, że mówisz o sobie, że jesteś królową nawyków. Bardzo, bardzo mnie ciekawi to, skąd właściwie wzięło się u ciebie zainteresowanie tematem nawyków i dlaczego ty jesteś ich królową.

JK: Mam królewskie imię, więc to zobowiązuje przede wszystkim do tego. Powinnam chyba mówić, że jesteś królem nawyków, bo Jadwiga była królem de facto. To, czemu się zajęłam kwestią nawyków jest bardzo proste. Dlatego, że sama miałam swego czasu z nimi duże trudności i próbowałam różnych sposobów na zmianę nawyków. Dochodziło u mnie do zmiany, którą teraz nazywam zmianą o 360 stopni, czyli powrót do miejsca, z którego startowałam. W pewnym momencie doszłam do ściany i pomyślałam sobie: nie no, musi być jakiś inny sposób. Musi się dać to robić, tylko trzeba wiedzieć, jak i wtedy się zaczęłam tym interesować tak na poważnie, najpierw tylko na siebie, ze względu na swoje nawyki, a potem okazało się, że tym można swobodnie dzielić się z innymi. Bo się okazało, że jest to temat, z którym trudność ma wiele osób, a nie tylko ja jedna.

MK: A właśnie, myślę sobie, że chyba każdy z nas ma trudności z nawykami i mimo, że często się staramy robić coś właśnie dobrze, to nie zawsze nam to wychodzi. Ale kiedy to było tak mniej więcej, pamiętasz może rok? Nie pytam o konkretną datę, ale pytam, dlatego, że jestem bardzo ciekawa, ile już lat się zajmujesz tematem nawyków.

JK: W tematykę nawyków i motywacji, myślę, że weszłam już jakieś osiem lat temu mniej więcej.

MK: Czyli już prawie dekada. Osiem lat królowania to całkiem dużo. A twoja książka, którą czytałam. Ja czytałam ją w lipcu 2018 roku, kiedy ja bardzo zaczęłam interesować się nawykami, jest w ogóle niezwykle ciekawa. Jest napakowana w konkretną wiedzę, ale jest też napisana świetnym językiem. Mówiąc świetnym, mam na myśli przystępnym i zabawowym. Ale to, co mnie zastanawia to temat twojej książki, którzy brzmi: „Ograć nawyki. Jak zastosować mechanizmy gier w procesie zmiany osobistej”. Jak wpadłaś na pomysł, żeby wykorzystywać mechanizmy gier i zdobywanie kolejnych leveli w grze do tego, żeby zdobywać kolejne levele w zmienianiu swoich nawyków? Wyobrażam sobie, że chyba jesteś ogromną fanką gier i może dlatego taki pomysł wpadł ci do głowy.

JK: No właśnie ja nie jestem fanką gier komputerowych i onlineowych. Lubię planszówki. W ogóle jestem osobą bardzo mocno analogową, która lubi czerpać przyjemność z tego, co jest poza światem online. To, skąd wziął mi się pomysł na wykorzystanie mechanizmów gier w zmianie nawyków, to ma początek w zupełnie innej sprawie. Mianowicie, ja przez wiele lat organizowałam terenowe gry fabularne, do których pisałam scenariusze. Można powiedzieć, że to było takie RPG w realu, bo każda gra miała swój scenariusz, wszystkie zadania były też osadzone w fabule. Więc na przykład mogła być gra terenowa w konwencji służb specjalnych, Alicji w Krainie Czarów, Władcy Pierścieni – bardzo różna była ta tematyka. Gdzieś zderzyły mi się kulki w głowie, gdy pomyślałam sobie, że przecież można by wykorzystać element zabawowy, żeby pobudzić ekscytację i zaangażowanie, a dzięki temu motywację do zmiany nawyków. Zaczęłam kombinować, jak to można zrobić. Najpierw eksperymentowałam na sobie, później pracując ze Zmieniaczami, czyli osobami, które przychodzą do mnie, do Laboratorium Zmieniacza i chcą przy moim udziale zmienić swoje nawyki. Z tych doświadczeń powstał pomysł na książkę, żeby się tym podzielić szerzej.

MK: Kiedy czytałam twoją książkę, to pierwszy raz zetknęłam się z czymś takim, że warto nasz duży cel, który stanowi dla nas jakieś tam wyzwanie, pokroić na mniejsze cele, na mniejsze kawałeczki. Od tamtego czasu jestem ogromną fanką mikrokroków i w ogóle filozofii kaizen. Mogłabyś powiedzieć nam coś więcej o filozofii kaizen i o tym, dlaczego jest ona tak skuteczna? O ile w ogóle jest. Bo może to tylko moje wrażenie, a może fakty są inne.

JK: Filozofia Kaizen jest rzeczywiście uważana za jedną ze skuteczniejszych metod zmiany nawyków czy osiągania celów, zwłaszcza tych, które są takimi zuchwałymi celami, bardzo opasłymi, które nas przerażają. Dlatego, że ona nam pozwala obejść tzw. wewnętrzny system alarmowy. Żeby do tego dojść, to rzeczywiście wypadałoby powiedzieć, o co w tym w ogóle chodzi. Propagatorem wykorzystania filozofii kaizen w procesie zmiany osobistej jest doktor Robert Maurer. Wydał kilka książek, ale pierwszym krokiem jest „Filozofia Kaizen” – malutka, cieniutka książeczka, która stanowi wprowadzenie do tej tematyki. Dlatego, że sama filozofia kaizen została wprowadzona jako element zarządzania i wprowadzania usprawnień w firmach. Maurer stwierdził, że skoro to działa w firmach jako usprawnienie różnego rodzaju procesów, to dlaczego miałoby nie zadziałać, kiedy chcemy osiągnąć cele jako jednostki, jako osoby prywatne. On zaczął wprowadzać to w czyn i pracować rzeczywiście w ten sposób ze swoimi pacjentami. Podwaliny filozofii kaizen to jest takie pokładanie nadziei w tym, że skoro duży cel nas przeraża, to być może gdy rozbijemy go na szereg bardzo małych kroków, takich wręcz dziecinnie prostych, takich, że kiedy słyszymy, co trzeba zrobić to wręcz się z tego śmiejemy i stwierdzamy: nie no, przecież to jest kuriozalne i każdy by to zrobił. Maurer mówi, że to może właśnie to jest lepsze, niż taka zmiana radykalna z dnia na dzień. Zamiast powiedzieć sobie: od jutra nie używam cukru, to powiedzieć: od jutra będę trochę z łyżeczki cukru, którą wsypuję do herbaty, będę zsypywać trochę ziarenek do cukiernicy, a potem będę coraz więcej ziarenek cukru zsypywać do cukiernicy i będę mniej słodzić. I to jest właśnie dla wielu osób dużo skuteczniejszy sposób na osiąganie czy celów długoterminowych, czy zmiany nawyków. Ponieważ po pierwsze te małe kroki budują nasze zaangażowanie i pokazują, że możemy być skuteczniejsi i działać efektywnie, więc mamy po drodze okazję do świętowania niezliczonej ilości sukcesów. Jest to trudne z drugiej strony, bo ten efekt końcowy jest dosyć odroczony. Bo jeśli mówimy o takim radykalnym cięciu i ja mówię „od jutra nie słodzę”, to teoretycznie efekt mam już jutro, gdy faktycznie przestaję słodzić. Jeżeli tylko to utrzymam, to rzeczywiście mam taki spektakularny efekt od razu osiągnięty. Natomiast praktyka pokazuje, że korzystniejszy z punktu widzenia naszego zaangażowania i tego, żeby osiągnąć zmiany na dobre, jest rzeczywiście ta strategia małych kroków.

MK: No właśnie, a w ogóle mam takie wrażenie, że nasze społeczeństwo jest takie zero-jedynkowe. Musimy się określać, że albo słodzisz albo nie słodzisz, a nie że słodzisz trochę mniej. Myślę sobie, że to jest trudne do zrozumienia dla ludzi, żeby właśnie znaleźć ten złoty środek – że nie musimy od razu rezygnować z cukru zupełnie, ale możemy rezygnować trochę mniej.

JK: To prawda, ma to też przełożenie na cele, które sobie wyznaczamy. Na takiej zasadzie „wszystko albo nic”. Bardzo często też za ambitne cele sobie wyznaczamy, co powoduje, że one są na tyle przytłaczające, że stanowią po prostu samospełniającą się przepowiednię. Że stwierdzamy sobie, że nie no, to jest na tyle duże, że czuję że nie dam rady. Po czym faktycznie nie dajemy rady, bo to było za dużo i stwierdzamy: nie no, wiedziałem, że to się nie uda, bo jestem do niczego i się nie nadaję. A filozofia kaizen pozwala spojrzeć na to z zupełnie innej perspektywy.

MK: I to jest właśnie fajne. Wszystkich zachęcamy teraz do tego, żeby poczytali coś więcej na ten temat. Bo uważam, że to jest coś, co pomaga nam ogarniać jakiekolwiek cele w naszym życiu. A jak na przykład ktoś chce spędzać mniej czasu na Instagramie, to akurat mam przygotowane takie pytanie do Ciebie, Jadwiga, o Twojego instagrama. Bo podglądam ciebie często na Instagramie, gdzie wrzucasz o poranku na swoje instastory wideo, na którym przekładasz kolejne kartki kalendarza, zaznaczasz też, jaka jest pogoda i jaki masz nastrój dzisiaj. Dzisiaj miałaś nastrój „calm”, więc domyślam się, że jesteś nadal spokojna. Po czym dopiero zaczynasz pracować. Czy to przekładanie kartek kalendarza jest jakimś twoim magicznym zaklęciem, rytuałem, który sprawia, że chce ci się nagle pracować i chce ci się chcieć?

JK: To jest element mojego rytuału wejścia do pracy. Ja pracuję jako freelancer i spora część mojej pracy polega na tym, że pracuje też koncepcyjnie ze swojego domu. W związku z tym potrzebowałam znaleźć coś, co będzie pokazywało mojej głowie, że teraz nie jestem już w sprawach prywatnych, tylko wchodzę do pracy, żeby pracować, a nie po to, żeby rozmawiać ze znajomymi na fejsbuku. Rytuał wejścia do pracy jest taką właśnie wskazówką, dla mnie, że oho, teraz idziemy pracować, a nie na przykład robić pranie. To, o czym wspomniałaś, że jest tam też zwrócenie uwagi na nastrój, to jest też dla mnie bardzo ważny element, bo to pozwala nam się zatrzymać na chwilę i zobaczyć, jak mi dzisiaj jest – jak się dzisiaj czuję, jaka jest moja kondycja psychofizyczna. Więc rytuał wejścia do pracy plus takie zatrzymanie się na tu i teraz i zwrócenie uwagi na to, jak mi dzisiaj jest.

MK: Czy ten rytuał wejścia do pracy, w jakąś określoną czynność. Bo wiesz co, ja miałam kiedyś taką sytuację, że matura z matematyki się zbliżała, a matma gdzieś tam nigdy nie była moją mocną stroną i postanowiłam, że zawsze przed rozpoczęciem nauki z matemtyki, będę śpiewać piosenkę „Wannabe” Spice Girls i gdzieś tam nie wychodziło mi to zupełnie. Myślisz, że jest coś takiego jak idealny rytuał wejścia w pracę?

JK: Myślę, że każdy musi sam dla siebie stworzyć taki idealny. Bo z motywacją też jest tak, że mamy jakąś taką pulę różnego rodzaju bodźców i motywatorów, ale to nie jest tak, że cała ta pula działa na wszystkich i nie jest też tak, że z tej puli, całe te bodźce zadziałają przy każdym nawet naszym nawyku. Więc warto eksperymentować i poszukiwać. Nie ma lepszego papierka lakmusowego jak eksperymentowanie i sprawdzanie, czy to na mnie działa. To, co powiedziałaś o piosence, przypomniało mi, że kiedy ja pisałam „Ograć nawyki” to takim moim elementem rytuału wejścia w proces myślowy „piszę teraz książkę”, było włączanie piosenki „Time Of My Life” z filmu Dirty Dancing.

MK: O rany, kocham ten film! To mój ulubiony film ever.

JK: Ja sobie siadałam wtedy przed komputerem, zamykałam oczy, włączałam tą piosenkę i wyobrażałam sobie, jaki to będzie wspaniały moment, jak książka będzie już na rynku. Piosenka się kończyła, ja otwierałam oczy, otwierałam edytor tekstowy i pisałam. Więc to trzeba sprawdzić pod siebie, czy to działa. A jeśli nie działa, to szukać dalej.

MK: A teraz piszesz nową książką, prawda? O motywacji z tego co wiem. Nie wiem, jak ty czujesz, ale mnie nic nie wyprowadza tak bardzo z równowagi, jak osoby, które mówią, że nie mają motywacji, żeby coś zrobić, żeby coś zmienić w swoim życiu, zrealizować jakiś swój cel. Po prostu mówią, że oj, gdyby mi się tak chciało jak mi się nie chce, to moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Jestem bardzo ciekawa, jakie jest twoje podejście do motywacji? Czy uważasz, że ona jest niezbędna, czy że może wcale jej nie potrzebujemy do tego, aby działać?

JK: Ja przede wszystkim myślę, że jest duże niezrozumienie tego, czym motywacja tak naprawdę jest. Ponieważ mamy duży zalew bardzo różnorodnych treści, w rodzaju: „jesteś zwycięzcą”, „sky is the limit”, „możesz wszystko”, które powodują, że utożsamiamy motywację z jakimś niesamowicie wysokim poziomem energii i właśnie takim nieustannym zapieprzaniem. Chyba tak bym to nazwała. Żeby ciągle więcej, szybciej i więcej i szybciej. Co jest charakterystyczne dla takich mówców motywacyjnych, którzy takimi hasłami się posługują, to to, że oni rzeczywiście wysokiej energii dostarczają odbiorcy. Tyle, że poza tą wysoką energią i takim poczuciem „yes, i can”, nie ma nic więcej. A tak naprawdę motywacja jest stanem. A to oznacza, że my potrzebujemy wiedzieć, jaką ją w sobie pobudzać i podtrzymywać na optymalnym poziomie. Bo też nie sztuką jest to, by być cały czas na wysokim C. Bo można się bardzo łatwo w ten sposób wypalić. Trzeba wiedzieć, kiedy dla mnie jest ten mój optymalny poziom, który jest dla mnie okej, żeby wejść w działanie, kontynuować je i dowieźć sprawy do końca. Ja stoję na stanowisku, że motywacja jest potrzebna i jest siłą napędową różnego rodzaju działań, tyle że jest bardzo opatrznie rozumiana. Jako coś, co stoi w opozycji do „nie chce mi się”. Motywacyja bardzo często to nie jest „chce mi się”, ale szereg bardzo różnych bodźców, które powodują że nawet jeśli mi się nie chce, to ja to zrobię, bo na przykład stoi za tym dla mnie tak istotna wartość, że nawet jak mi się nie chce to ja i tak to będę robić.

MK: Powiedz nam, kiedy będzie twoja książka na rynku, żebyśmy mogli zrozumieć bardziej, czym jest motywacja i czym też nie jest.

JK: Ta książka jest w toku tworzenia, więc ona będzie na rynku na wiosnę przyszłego roku.

MK: To świetnie, czyli na wiosnę przyszłego roku, będziemy już wszyscy wiedzieć, czym jest motywacja i czym nie jest, i jak możemy ogarniać fajne życie.

JK: To będzie też taka książka z troszeczkę innym podejściem, niżeli to, które króluje na rynku. To będzie też taka książka mówiąca też trochę o odporności psychicznej. O tym, jak odporność psychiczna wiąże się z motywacją. Będzie też o samowspółczuciu i o tym, żeby właśnie nie cisnąć siebie do granic możliwości, bo nie tędy droga. Myślę, że to będzie troszeczkę szło pod prąd temu, co w tej chwili jest modne i propagowane.

MK: Mam nadzieję, że to pod prąd kiedyś zamienić się z prądem i wszyscy zaczniemy w taki sposób myśleć o motywacji. Jadwigo, jesteś też socjologiem i bardzo chcę ciebie zapytać, jak z punktu widzenia ciebie jako socjologa, wygląda to, że ludzie wierzą w półprawdy? Istnieje taka półprawda, takie przekonanie wśród ludzi, że wytworzenie nawyku może się zadziać w 21 dni. Ja w ogóle czytałam kiedyś, że to wzięło się stąd, że jakiś chirurg zaobserwował, że jego pacjenci po amputacji kończyn, potrzebowali mniej więcej 21 dni, aby przyzwyczaić się do nowej sytuacji. Gdzieś tam zostało to tak spopularyzowane, uogólnione i teraz wszyscy myślimy, że 21 dni będziemy coś robić i już do końca życia mamy nawyk picia wody, ścielenia łóżka i tak dalej. Jak wygląda to, z punktu widzenia, socjologa, że ludzie wierzą w półprawdy?

JK: Przede wszystkim taka myśl, że wystarczą 3 tygodnie, aby zmienić nawyki budzi taką chęć próbowania. Bo 3 tygodnie w skali życia to nie jest długi czas. Więc to jest bardzo wygodna dla nas półprawda, bo jeśli mielibyśmy się zmierzyć z myślą, że aby zmienić ten nawyk, ja potrzebuję przez rok być w tym procesie to to jest takie: ło ło łoł, cały rok? To może to się w takim razie nie opłaca. – Wierzymy w półprawdy, bo one przynoszą nam proste rozwiązania, takie, jakich my oczekujemy. To jest jedna rzecz, a druga jest taka, że jesteśmy w tej chwili tak bombardowani informacjami, dostęp do informacji jest bardzo prostu. Próg stania się ekspertem w internecie jest również bardzo niski, praktycznie wystarczy ci strona internetowa, jeden albo dwa kanały w social mediach.

MK: I najlepiej kurs online już do sprzedania.

JK: Kurs online już do sprzedania na przykład o tym, co właśnie sama przepracowujesz na sobie, więc już jesteś ekspertem. To powoduje, że ciężko jest przesiać to wszystko przefiltrować i polegamy też w dużej mierze na społecznym dowodzie słuszności. Czyli szukamy też potwierdzenia przez innych, żeby oni nam powiedzieli, że tak, możesz zaufać temu ekspertowi. Jest wiele osób, które współpracują, ja też z resztą współpracuję z różnymi osobami, kiedy jakieś swoje projekty, produkty sprzedaję. Też współpracuję z osobami, które były moimi klientami i proszę je, żeby jeżeli mają taką możliwość i chęć, że teraz można się zapisać na kurs. To jest też rodzaj motywacji społecznej, kiedy słyszymy, że inni ludzie mówią: tak, to jest warte zainwestowania pieniędzy, to jest warte, żeby pójść i skorzystać z tego. To daje nam taką dodatkową informację, że tak, to rzeczywiście jest ekspert i można pójść i zaufać mu. Problem jest wtedy, kiedy jakby ta siła informacji społecznych jest niekoniecznie zgodna z prawdą, a właśnie sprzedaje nam jakąś półprawdę, która jest wygodna i chcielibyśmy w to bardzo wierzyć i może się zdarzyć tak, że w zalewie tego wszystkiego, pójdziemy po prostu za czymś, co wydaje się łatwiejsze, co chcielibyśmy, żeby tak było, trochę takim tokiem myślenia magicznego.

MK: No właśnie, a czy to, że coś jest dla nas trudne, np. zmiana swojego życia, nawyków wymaga nie 21 dni, ale więcej dni, to też może nas powtrzymać przed dokonywaniem jakichś zmian i w ogóle przed takim życie, jakie sobie wymarzyliśmy.

JK: Myślę, że tak. Generalnie zauważam taką tendencję wśród osób, z którymi pracowałam, że mogą np. latami trwać w jakichś złych nawykach, ale kiedy dowiadują się, że zmiana się nie zadzieje z dnia na dzień i że 21 dni to niekoniecznie jest prawda, to mają takie poczucie, że zostali oszukani przez system. Że jak to, to będzie trwało dłużej? Ja wtedy mówię – ale powiedz mi, jesz 10 lat słodycze, żeby zajadać stres, to jak myślisz, ile czasu twój mózg potrzebuje czasu, aby zmienić swoje tory myślenia? 1 dzień, 7, 21 dni? Serio, naprawdę tak uważasz? Więc jakby pomaga trochę to przestawienie perspektywy. Że aha, skoro mój mózg 10 lat działa na tej ścieżce, to żeby stworzyć inną, alternatywną, równie ciekawą ścieżkę, ja potrzebuję też zainwestować w to różne zasoby, w tym czas.

MK: Mówisz, że pracujesz też z osobami i pracujesz też jako freelancer. W sumie głównie jako freelancer, prawda?

JK: Tak, jak jeszcze pracowałam na etacie, to zaczęłam łączyć własne projekty z pracą etatową.

MK: To była dla ciebie przemyślana decyzja czy spontaniczna? Może miałaś gorszy dzień w tej pracy na etacie i mówisz: a koniec, przechodzę na freelancera, na bycie freelancera. Czy jak to było?

JK: No nie była to akcja pod tytułem: rzucam papierami i wyjeżdżam w Bieszczady chodować daniele.

MK: A szkoda, Bieszczady są genialne.

JK: Natomiast to był dla mnie bardzo znamienny moment, dlatego, że to była rzeczywiście taka decyzja, która pokazała mi, że tak pierwszy raz w życiu zawodowym, ja miałam poczucie sprawczości. Miałam poczucie, że to naprawdę ja podejmuję tutaj świadomą decyzję i biorę na klatę wszystkie konsekwencje tej decyzji – zarówno pozytywne jak i negatywne. Ja w ostatniej swojej pracy etatowej, w pewnym momencie doszłam do wniosku, że albo zostaję tu, ale przestaję narzekać, że nie mogę się realizować, że mam nudne zadania, że nie mogę realizować swoich pomysłów i projektów. Nie narzekam na to, tylko się z tym godzę, bo to jest moja decyzja. Albo robię krok trochę w ciemność, bo nie wiem, co jest dalej, co się wydarzy. Próbuję jakby zrealizować te swoje wizje, wcielić je w życie. Oczywiście, że to była decyzja przemyślana. Wiadomo, że na etacie mamy stałe źródło dochodu, a na freelansie, na samym początku, nie jest to wcale oczywiste. Wymagało to też przegadania w ramach jednostki rodzinnej, dwuosobowej, na ile finansowo jesteśmy w stanie sobie na to pozwolić, czy mamy poduszkę finansową i jak by to miało dalej wyglądać. Więc decyzja była jak najbardziej przemyślana. Tutaj powiem taką anegdotę, bo wypowiedzenie złożyłam w prima aprilis i moja szefowa powiedziała: ha ha ha, bardzo śmieszny żart. Ja powiedziałam: to nie żart. Ona mówi: tak? To jak to nie żart, to przyjdź jutro. I była bardzo rozbawiona tą sytuacją. Ja przyszłam następnego dnia z tym samym podaniem i powiedziałam, że to naprawdę nie był żart.

MK: I się zdziwiła.

JK: Wtedy tak, wtedy dosyć była zdziwiona decyzją.

MK: Przemyślałaś to czy nie?

JK: Ja bardzo dobrze to przemyślałam. Decyzja finalna zapadła chyba na cztery dni przed złożeniem wypowiedzenia. I to wypowiedzenie tam oczywiście biegło swoim ustawowym czasem, więc ja na posterunku jeszcze byłam. Więc to nie było tak, że ja rzuciłam papierami.

MK: A nie, bo to jest w ogóle bardzo śmieszna sprawa, że tak się stało, że akurat 1 kwietnia. Jakby ci się odwidziało tego 2 kwietnia, to byś mogła powiedzieć, że to jednak był żart. Taka furtka bezpieczeństwa dla niezdecydowanych.

JK: Tak, także polecam.

MK: No właśnie, a jak ktoś jest niezdecydowany, to czy uważasz, że praca na freelansie jest dla każdego? Czy trzeba mieć jakieś szczególne kompetencje, cechy osobowości albo chociażby tą poduszkę finansową, o której mówisz? Czy każdy z nasz może zostać teraz freelancerem.

JK: Hmm, no tak. To jest bardzo dobre pytanie i to jest temat rzeka. Ja absolutnie nie stoję na stanowisku, że etat to jest jakieś narzędzie szatana i że praca na etacie jest beznadziejna, i że wszyscy powinni zakładać własne działalności i pracować jako freelancerzy. Bo uważam, że zarówno jedno, jak i drugie ma swoje plusy i to, co nazywam minusami to są plusy ujemne. Więc to nie jest tak, że praca na freelansie to jest po prostu kwiatki, róż i tęcza, jak mawia moja koleżanka, po prostu idylla. Mam takie poczucie, że zwłaszcza jako kobiety mamy takie idylliczne przekonanie, że będę teraz robić tylko to, co kocham i temu poświęcać 100% mojego czasu i energii. Ja jak odchodziłam z etatu to myślałam, że 100% czasu i energii poświęcać na pracę z ludźmi na warsztatach. Natomiast okazało się, że na pracę na warsztatach mogłam poświęcić 10% czasu, a pozostałe 90 potrzebowałam zainwestować w: obsługę social mediów, księgowość, marketing, budowanie wizerunku, budowanie strategii, obsługę klienta i milion innych rzeczy. Praca na swoim, kiedy jesteśmy 1 osobą to jest konieczność bycia człowiekiem-orkiestrą i ogarniania mnóstwa rzeczy. Chyba, że możemy sobie pozwolić już na starcie, na komfort finansowy i takie rzeczy, które wiemy, że zajmą nam więcej czasu albo nie chcemy tego robić albo nie lubimy tego robić, od razu możemy zlecić to komuś, kto się na tym zna. Czyli podnająć innego freelnacera, który będzie się dla nas zajmował obsługą social mediów czy korektą naszych tekstów, itd. Natomiast bardzo mało frelancerów może sobie na początku na to pozwolić. Więc tutaj trzeba wziąć na klatę to, że to będzie jednak troszeczkę inaczej wyglądało, niż my sobie w tych naszych romantycznych wizjach wyobrażamy. Praca z domu też jest ogromnym wyzwaniem, dlatego, że ilość dystraktorów, jakie są w domu, to jest coś, z czym absolutnie nikt, kto pracuje na etacie, w życiu się nie mierzył. To, że jesteśmy super zorganizowaną osobą na temacie i że mega dowozimy wszystkie tematy, absolutnie nie oznacza, że dokładnie tak samo będzie na freelansie, kiedy pracujemy z domu. Dlatego, że to jest trzęsienie ziemi dla naszych wszystkich nawyków. Nawyki kochają struktury. Kiedy my mu zabieramy strukturę pod tytułem: jestem w biurze i np. inni na mnie patrzą, spowoduje, że ja naparzam w klawiaturę jak porąbana. To w momencie, kiedy mi tego zabraknie, kiedy ja będę siedzieć w domu na kanapie, może się okazać, że hmm, no i co teraz? Co teraz? To może pooglądam sobie koty na youtube. Praca na freelansie to jest duży taki eksperyment na sobie, bo trzeba stworzyć sobie nowe struktury do nawyków. Trzeba stworzyć sobie na nowo pewne ramy, w których się trzeba poruszać. Czy to jest dla każdego? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Tak jak nie umiem odpowiedzieć na pytanie, czy praca na etacie jest dla każdego. Na pewno wymaga nauczenia się pewnych rzeczy i funkcjonowania w nowych realiach, ale to jest do nauczenia się, ale to też być może wymaga zainwestowania, żeby nauczyć się od kogoś innego i nie wyważać otwartych drzwi.

MK: Na przykład od ciebie, w twoim najnowszym kursie. Jadwigo, a ty pracujesz z domu czy na przykład jest dość takie, nie wiem, jak to wygląda w praktyce, bo jeszcze nie jestem freelancerem chyba. Ale wydaje mi się, że osoby chodzą chyba do kawiarni i wtedy mają taki klimacik, że niby trochę odpoczynek, a trochę praca. A ty pracujesz z domu czy z jakiejś kawiarni? Z biura sobie wynajmujesz?

JK: Ja mam u siebie w mieszkaniu oddzielne pomieszczenie do pracy. Nie nazywam tego gabinetem, bo to mi się bardzo kojarzy korporacyjnie. Nazywam to pomieszczenie pracownią, ale nie ma tam sztalug i tak dalej. Tylko pracownia jest dla mnie miejscem do pracy. Natomiast mi na przykład praca z kawiarni się nie sprawdziła absolutnie. Mnie męczyło to, że ja muszę spakować sobie komputer, zasilacz, pójść, zastanowić, co ja chcę zamówić, bo nie mogę siedzieć w kawiarni i stukać po prostu w klawiaturę, bo jestem u kogoś w gościach, ja to tak przynajmniej widzę. Później przytargać to do domu. Milion dystraktorów, w postaci: zapachy, dźwięki, itd. Jeżeli ja potrzebuję mieć w otoczeniu dźwięki, żeby się skupić, a są osoby, które potrzebują często albo stale, to albo włączam sobie muzykę albo korzystam z takiej strony internetowej Noisli, gdzie można sobie włączyć gotowe dźwięki i oprócz dźwięków natury, m.in. jest też szum kawiarniany, który można sobie włączyć, jeśli ktoś potrzebuje takiego bodźca, żeby się skupić i pracować w pełnym skupieniu. Natomiast mi wystarcza to, że pracuję w osobnym pomieszczeniu i to, że do niego wchodzę, to też jest dla mnie znak, że ja teraz idę do pracy. Więc to jest dla mnie bardzo ważne, żeby mieć tą przestrzeń do pracy zdefiniowaną. Natomiast ja jeszcze trzy lata temu miałam całą przestrzeń życiowo-mieszkalną, wynosiła ona 11 m2. Więc jak ktoś mi mówi, że ma bardzo mało przestrzeni, żeby wydzielić sobie miejsce do pracy. To ja mówię: tak? A wyobraź sobie, że ja na 11m byłam w stanie postawić miejsce do pracy, a gdzie jest miejsce do odpoczynku. Więc to się da wydzielić jak najbardziej, tylko trzeba chcieć i posprawdzać, co u mnie działa.

MK: To musi być decyzja przemyślana, bo z tego co mówisz, trzeba nadać nowe struktury swoim nawykom, gdzie chcemy pracować, czy nawet co chcemy mieć, jakie dźwięki chcemy, żeby nas wtedy otaczały. Ale jest jeszcze jedna bardzo ważna rzeczy, czyli work-life balance. Jak ty się w tym odnajdujesz? Bo pracujesz jako freelancerka ze świetnymi efektami, bo piszesz książkę, organizujesz konferencję, kurs online, a ogarniasz jeszcze mnóstwo innych projektów. I gdzie znajdujesz w tym wszystkim czas właśnie na odpoczynek?

JK: Mhm, ja preferuję takie podejście do work-life balance i jemu też poświęcam dużo miejsca w kursie „Freelance bez zadyszki”, że nie możemy myśleć w takich kategoriach, że jest praca i życia. Bo praca jest elementem tego życia. Jeżeli my czekamy, żeby zacząć życie po pracy to coś jest nie tak. Dla mnie jest ważne to, żeby pracować, aby móc fajnie żyć, a nie żyć, aby pracować. Czyli, żeby praca była elementem mojego życia, a nie jakby wyznacznikiem wszystkiego i złotym bożkiem, wokół którego wszystko musi się kręcić. Więc ja przewrotnie, kiedy zbliża się kolejny rok, to pierwsze, co wpisuję do kalendarza to są urlopy, dni wolne. Kombinuję zawsze tak, żeby wykorzystać te momenty, kiedy ustawowy dzień wolny wyskakuje w środku tygodnia i żeby wokół niego zbudować sobie jakiś dłuższy urlop. Bo mam takie poczucie, że jeżeli my nie traktujemy też odpoczynku w kategoriach takich, jak traktujemy spotkanie z klientem albo sprzedaż swojego produkty, czyli nie traktujemy tego w kategoriach zadania do wykonania to jest to spychane na dalszy plan. Dlatego ja uwzględniam, wpisuję sobie swoje plany związane z urlopami, dniami wolnymi i wokół nich tkam swoje plany zawodowe, a nie odwrotnie. Dla mnie bardzo ważne jest to, żeby odpoczywać od tego, co zabiera może, czy jest największą inwestycją, jeśli chodzi o moją pracę, a u mnie jest to zdecydowanie bycie online. Więc ja weekendy poświęcam na detoks od bycia online, więc nie włączam sobie satelitków, jak to lubię ujmować. Dla mnie urlopy to jest też czas, kiedy ja nie jestem online. Dla mnie takie mówienie, że ja nie mogę sobie pozwolić na bycie offline, bo co wtedy z moją społecznością.

MK: Co z zasięgami!

JK: Co z zasięgami. Przecież wtedy cała moja praca pójdzie w błoto, to dla mnie takie myślenie jest bardzo krótkofalowe, dlatego, że jak nie ładujemy baterii, to dojdzie w pewnym momencie do wypalenia. To jest też takie znamienne, że jak nam pada bateria w iphonie albo w innym smartfonie, to wtedy gwałt, o rety, gdzie jest ładowarka, bo trzeba natychmiast podładować. Ale jak my się zajeżdżamy i nawet organizm daje nam znać, że jest źle, daje nam np. znać w taki sposób, że pojawia się osłabienie fizyczne, że się podziębiamy nagle, to jest taki sygnał od organizmu: stara, stary zwolnij, bo zajeżdżasz się w tym momencie, a ja już jestem na wydatku. Tak samo jest z samochodem – pojawia się kontrolka pusty bak, to jedziemy na stację benzynową, a nie stwierdzamy: dobra, dobra, to jeszcze kilka dni pojeżdżę na oparach i potem zatankuję. Dla mnie jest bardzo cenna taka metafora katastrofy ekologicznej, gdzie jeżeli się rozbijasz w samolocie, to pierwsze co robisz w samolocie, to sprawdzasz, w jakim ty jesteś stanie, bo jeżeli tobie coś dolega, to nie uratujesz nikogo innego i jeszcze się pożegnasz z życiem. Więc dla mnie odpoczynek, relaks, ładowanie baterii, ale też taka uważność na to, w jakim ja jestem stanie psychofizycznym jest szalenie ważna. Bo ja miałam też w pracy freelancerskiej taki moment, w którym doprowadziłam się do takiego staniu zajechania, że ja potrzebowałam trzech miesięcy, żeby dojść do siebie, żeby się zregenerować. Więc ja wolę dać sobie taki czas codziennie, niż dojść do takiego stopnia, że potrzebowałabym kwartału, żeby do siebie dojść.

MK: Jasne, bo mamy taką kulturę, że jak ktoś ciśnie na maksa i w ogóle jak ktoś nie ciśnie, to mówimy mu: ciśnij dalej, ciśnij bardziej, ciśnij więcej. A właśnie nie mówimy wtedy: odpuść sobie. Nie musisz na 200%, możesz na 90 i to też będzie dobrze.

JK: Mamy ogromny kult sukcesu rozumiany jako naparzanie. Czyli musisz cały czas coś robić, być w ruchu, robić więcej, robić szybciej, a jak osiągniesz to, to natychmiast musisz sobie podnieść poprzeczkę i jechać dalej. I to jest jakby społecznie akceptowane i tak społecznie widziane jako dobry model, to też jakby możemy łatwo sobie zobaczyć, jak odpalamy sobie instagrama czy fejsbuka, to mamy zalew uśmiechniętych, zadowolonych z życia ludzi, wstają o czwartej, ćwiczą jogą, piją zielony koktajl i osiągają zawsze sukcesu. A my na to patrzymy i mówimy: kurde, ale mi się nie chce. Nie cierpię jarmużu. A w ogóle joga, to przysypiam. I czy to znaczy, że ja jestem przegrywem? Że ja nie osiągnę nigdy sukcesu? Że ja jestem jakimś gorszym człowiekiem? Więc wpędzamy siebie w takie poczucie winy, że skoro inni w tym czasie budują imperium, a ja leżę i czytam książkę, to ja też powinnam budować swoje imperium.

MK: No właśnie, tak. To jest w ogóle coś, co jest mi po prostu bliskie. Bo ja czuję często sama na sobie taką presję, którą sama sobie wywieram patrząc na osoby na Instagramie, które dzisiaj już tam, wiesz, zrobiły 500 rzeczy, a ja nie odhaczyłam jeszcze ani jednej. Wtedy czuję, że coś jest ze mną nie tak, ale masz rację często warto się łapać na takich momentach i nie dawać sobie dojść do głowy, że coś z nami jest nie tak. Bo to, że czasem na się nie chce, jest też okej. Ale też Jadwigo, jesteś ekspertką w dziedzinie nawyków, w dziedzinie wprowadzania zmian. I ja pamiętam… w ogóle trochę brzmię jak twoja psychofanka, wydaję mi się, ale słuchaj dalej zatem. Pamiętam, jak kiedyś oglądałam kiedyś twoje wystąpienie w Pytaniu na śniadanie, które dotyczyło właśnie wprowadzania zmian, nawyków w swoje życie. I ja jeszcze coś pamiętam, że założyłaś na to wystąpienie koszulę w pandy. Czy ja dobrze pamiętam?

JK: Tak, to jest moja ulubiona koszula.

MK: Tak, wydaje mi się, że masz ogromny dystans do siebie, świata i do ludzi. I powiedz, jak to wypracowałaś? Jak można coś takiego w sobie wypracować?

JK: Może ja powiem tak, ja byłam bardzo poważny dzieckiem. Jest taki cytat, słowa Marka Konrada, które on wypowiedział w jednym z wywiadów: „Ja byłem dzieckiem – piernikiem. Byłem późnym dzieckiem starych rodziców i po prostu zachowywałem się jak mały dorosły”. Ja bardzo odnajduję siebie w tych słowach, bo ja też byłam późnym dzieckiem starych rodziców. Znaczy jakbym urodziła się teraz, to byłabym absolutnie w modelu, dlatego, że moi rodzice dobiegali czterdziestki, kiedy ja się urodziłam, ale to były lata 80., więc wtedy standard był inny. Więc jak mama mnie odbierała ze szkoły, to dostawałam informację: babcia po ciebie przyszła. A teraz byłaby to normalne, że moja mama koło 40tki, czy 50tki po mnie przyszła i to jest luz. W każdym razie ja byłam bardzo poważnym, takim wchodzącym w rolę dorosłego bardzo często i, i gdzieś w pewnym momencie życia, ja się poczułam trochę oszukana. Że te lata, gdzie można było wisieć głową w dół z trzepaka i nikt nie robił afery, już minęły. Bo teraz jak wiszę głową w dół z trzepaka, to patrzą się dziwnie i zastanawiają się, czy dzwonić po karetkę. Gdzieś poczułam się trochę oszukana, że ten czas, który powinien być poświęcony na dobrą zabawę, ja traktowałam bardzo serio, że czas, w którym warto byłoby eksplorować ten świat, bo można to było robić jeszcze pod tą kopułką, że ci dorośli chuchają i dmuchają na ciebie, i sprawdzjaą, czy ci nie dzieje się nic złego, że ja przez ten czas się na przykład uczyłam. I wiesz ja miałam takie poczucie, że system mnie oszukał, bo można się było uczyć gorzej i też fajnie sobie poradzić w życiu, a jednocześnie mieć dobrą zabawę. To był też taki moment przełomowy w myśleniu o sobie, że może to nie jest takie dobre traktować siebie tak serio i w ogóle życie tak serio, bo jutro mogę wpaść pod tramwaj i mogę tego nie przeżyć albo jutro może się okazać, że już nie mogę się obudzić obok kogoś, kogo kocham, więc dlaczego traktować to wszystko tak serio w kategorii robienia pod linijkę, jakiegoś silenia się na wysokie standardy, czy nie lepiej jednak troszeczkę się zdystansować do tego wszystkiego. Bo wydaje mi się, że taki dystans do siebie, do świata, do życia wprowadza taką lekkość, żeby sobie właśnie pomyśleć „O Boże, to życie nie ma sensu, bo skoro jutro mogę wpaść pod tramwaj, to po co się w ogóle starać”. Kiedy wprowadziłam sobie taki dystans, ja to nazywam mentalne luźne portki i zaczęłam traktować siebie z taką większa wyrozumiałością, dawać też sobie prawo do popełnienia błędów. Dawać też sobie prawo do tego, żeby skoro już jestem na swoim, to być po prostu sobą. Nie silić się na jakiegoś wydumanego eksperta, który stoi na podium i mówi ludziom, jak mają żyć. Tylko właśnie pójść do telewizji w koszuli w pandy, bo wiedziałam, że to i tak będzie dla mnie mega stres. Więc co mogę zrobić, żeby poczuć się lepiej? Założę sobie moją ulubioną koszulę w pandy. Jak czasem prowadzę webinary, to też jest dla mnie stres. Jestem z natury introwertykiem, chociaż nie wyglądam. To ja bardzo często zaczynam go mając przyklejone wąsy i motywuję to w ten sposób, że świat kocha mężczyzn ekspertów, bo tylko mężczyzna może być prawdziwym ekspertem i większość kobiet czeka, aż jakiś mężczyzna ekspert da im pozwolenie na to, aby one były. A już ekspert z wąsami to jest mega ekspert. Więc ja mam dystans do siebie i to jest bardzo zdrowe. Bo też łatwiej przyjmuje się wtedy jakąś krytykę i jakieś nieprzychylne opinie. A wiadomo, że jak się wystawiamy na ten publiczny widok ze swoim wizerunkiem, to nie jesteśmy ani pomidorową, ani nutellą, żeby nas wszyscy kochali i całowali po rączkach. Bo zawsze znajdzie się ktoś, kto nie lubi pomidorowej, a po nutelli ma zgagę i po prostu się nie dogadamy.

MK: Jasne i w ogóle kiedy mamy ten dystans, to tworzymy taką tarczę, że wiesz, jakby nas to przestaje obchodzić, co inni o nas myślą i po prostu możemy być sobą w tym. To właśnie też jest ciekawe, że właśnie nabieramy dystansu, stajemy się bardziej otwarci na to, żeby pozwalać sobie na bycie tym, kim jesteśmy.

JK: Mhm, ja mam taką wewnętrzną jajcarę w sobie i nie wyobrażam sobie, żebym nie miała tego pokazywać w budowaniu swojej marki, bo po prostu musiałabym wtedy udawać kogoś, kim nie jestem. Wychodzę z założenia, że jeżeli ktoś uznaje, a są takie osoby, które uznają, że nie przystoi, żeby socjolog używał potocznego języka, to po prostu znaczy, że nasze drogi, nie jest im dane się przeciąć. Bo moją domeną jest to, że ja o rzeczach, które są często trudne i niezrozumiałe, mówię językiem potocznym po to, by odbiorca nie musiał najpierw odkodować tego, co ja językiem akademickim powiedziałam, a dopiero potem przełożyć na swoje. Tylko, żeby mógł to od razu wziąć i przełożyć na swoje. Więc jeżeli coś, co jest wykładnikiem mojej marki, dla kogoś jest nie do przełknięcia, to po prostu nie jest nam po drodze.

MK: Nie jesteśmy po prostu zupą pomidorową. To mi się bardzo spodobało. Jadwigo, powiedz jeszcze tylko na koniec, czy robisz sobie postanowienia noworoczne?

JK: Nie robię postanowień. Postanowienia to są jakieś takie bardzo mgliste, niedookreślone rzeczy w stylu: chciałabym, ale się boję. Wiele osób ma tak, że ma listę postanowień, którym tylko zmienia rok – kolejny, a lista pozostaje ta sama. Ja generalnie w ogóle staram się nie traktować przełomu roku jako ten moment, w którym ja koniecznie muszę sobie coś postanowić, wyznaczyć cele. Siadam sobie do tego na spokojnie wcześniej, na początku grudnia albo siadam sobie do tego dopiero na przełomie stycznia i lutego, kiedy pozamykam jakby wszystko to, co się zadziało w roku poprzednim. Ja sobie robię taką rozpiskę, którą dzielę jakby na trzy kategorie. – Pierwsza kategoria to rzeczy, do których aż się rwę i bardzo chcę się za nie zabrać, żeby je robić. Wiem, że poziom mojej motywacji i zaangażowania. Tu się w ogóle nie muszę o to martwić. Druga kategoria to jest dobrze byłoby to zrobić,  z jakichś względów. Niekoniecznie taki, że mega mi się chce to robić, ale wiem, że to jest coś, co bardzo mi się opłaci finansowo. To też jest ciekawe, że u nas to, że ktoś mówi, że dla mnie jest ważne to, aby je dobrze zarobić, że to jest w ogóle jakiś temat tabu. I w ogóle, że nie można mówić, że to jest dla nas istotne.

MK: Tak, powietrzem się nie najemy.

JK: Jest taka anegdota, którą bardzo lubię, że pieniądze szczęścia nie dają, ale przyjemniej się płacze nad swoim losem siedząc w podgrzewanym jacuzzi.

MK: O tak, a ja też lubię mówić, że pieniądze szczęścia nie dają, ale zakupy już tak.

JK: No właśnie, więc potrzebujemy pieniądze, żeby sobie zabezpieczyć ten podstawowy dobrostan fizyczny nawet, mieć co włożyć do garnka, co założyć na grzbiet, mieć za co opłacić rachunki i tak dalej. Więc jakby druga kategoria moich jakichś celów to jest: dobrze byłoby to zrobić z różnych względów, w tym na przykład z finansowych. Nie jest to dla mnie jakieś super mega, że wow, nie mogę się doczekać, żeby to zrobić, ale np. wiem, że to jest jakiś projekt, który przyniesie mi dobry zysk. I trzecia kategoria, to jest: można się za to wziąć, jeśli starczy zasobów. Czyli takie – nie rwę się do tego i nie wiem, jaki będzie z tego zwrot. Natomiast gdzieś to mi w duszy gra, a jeżeli mi się to pojawia, to jakiś pusty przebieg, np. ktoś zrezygnuje ze szkolenia, które u mnie zamówił i ja np. nie mam nic innego na ten moment w planach, to mogę się wtedy temu przyjrzeć. Natomiast ja też nie planuję sobie całego roku z góry, bo bym zwariowała, jakbym tego wszystkiego musiała się trzymać. Dlatego, że wiele projektów pączkuje mi w toku roku. Na wiele pomysłów wpadam w toku roku, one np. wychodzą z potrzeb osób, z którymi pracuję, czy mi się zapala taka lampka, że o, jest taka nisza na rynku niezabezpieczona. To zamiast stwierdzić, że nie, ja mam tutaj plan na 12 miesięcy rozpisany, to ja mogę to w 2023 realizować i do tego czasu konkurencja zrobi to osiem razy, to ja unikam takich rzeczy. Ja staram sobie tak zrobić, żeby mieć mniej więcej zaplanowane pierwsze półrocze. Ale też z buforami czasowymi, czyli z tą tolerancją, że jak planuję to może zadziać się czynnik życie.

MK: Dość istotny czynnik.

JK: Przykładowo rozchoruję się na anginę i będę miesiąc leżeć w łóżku, i wypadnę kompletnie z obiegu. Więc na pewno nie planuję sobie pod korek całego roku. Zostawiam sobie bufory czasowe, przy każdym projekcie, nad którym pracuję i nie narzucam też sobie tego, że na przełomie roku ja już muszę wiedzieć, co przez kolejnych 12 miesięcy ja będę robić.

MK: Czyli proponujesz właśnie zamiast robić postanowienia noworoczne, to albo wcześniej albo później, a nie na przykład wiesz tam, wybiła 12sta i wtedy siadamy i co by tu na szybko w tym roku ogarnąć.

JK: Co by tu na szybko, nowy rok – nowa ja.

MK: Yeah.

JK: To jest bardzo ciekawe zjawisko, że my wyczekujemy tych magicznych dat. Pierwszy dzień miesiąca, pierwszy poniedziałek, przełom roku, moje okrągłe urodziny. A w końcu okazuje się, że odbieramy te złe wyniki od lekarza i to jest ten magiczny moment. Bo już nie ma odwrotu. Więc ja jestem zwolenniczką, żeby nie czekać na takie magiczne momenty. Tylko z tym, co mam. Z tymi zasobami co mam. – Co ja mogę zrobić w tym momencie, w którym jestem, gdzie widzę, że mam gotowość, żeby wejść w proces zmiany czy w realizację celów.

MK: Jasne. Bo tu i teraz jest najlepszy moment, żeby żyć życiem, o jakim marzymy. Dobra. Powiedz jeszcze tylko, gdzie można ciebie znaleźć w internecie.

JK: Można mnie znaleźć jako Laboratorium Zmieniacza. Ostatnio jestem bardziej aktywna, tak jak powiedziałaś, na Instagramie i myślę, że to jest chyba taki główny punkt. – Facebook i Laboratorium Zmieniacza na Instagramie, gdzie można się dowiadywać na bieżąco o wszystkim, co się dzieje i co robię. I na facebooku prowadzę też taką grupę o ogarnianiu się w życiu – Zmieniacze. Jak się wpisze w wyszukiwarkę fejsbukową „Zmieniacze”, to bardzo łatwo można do grupy trafić.

MK: Dziękuję Ci bardzo. Mam nadzieję, że wszyscy trafią tam, gdzie jest im dane trafić. Mam nadzieję, że będziemy się słyszeć też niebawem.

JK: Ja również. Dziękuję jeszcze raz za zaproszenie.

MK: Trzymaj się.