Kopniak Motywacji

PODCAST 04: Rozmowa z Kasią Linard o chorobie nowotworowej i szczęściu.

Ten odcinek podcastu został nagrany w październiku ubiegłego roku. Długo czekał na swoją premierę, ale już wiem dlaczego. W dzisiejszych czasach, jak nigdy wcześniej, bardzo potrzeba nam tej rozmowy przepełnionej nadzieją i szczęściem.

Naszym Gościem jest Kasia Linard, czyli Rakieta Kasia. Kilka lat temu Kasia usłyszała diagnozę – choroba nowotworowa. Jednak ta diagnoza nie odebrała Kasi radości z życia i nadziei. Obecnie Kasia jest w remisji i pokazuje na swoim Instagramie, blogu, w swoim e-booku, że nowotwór to nie wyrok, a życie po chorobie nowotworowej naprawdę istnieje.

Ta rozmowa napełniła mnie nadzieją i pokojem. Wierzę, że takie samo ciepło na serduchu poczujesz i Ty. Miłego słuchania!

Pamiętaj też, że mój podcast znajdziesz na Spotify, YouTube oraz PodBean. Częstuj się śmiało!

Przeczytaj fragment podcastu

Niżej przygotowałam dla Ciebie transkrypcję pierwszych minut tej rozmowy, aby jeszcze bardziej zachęcić Ciebie do skorzystania z szarego przycisku wyżej i wysłuchania całego, pięknego odcinka mojego podcastu.

Marta Kamińska: Cześć Kasiu!

Kasia Linard: Cześć, dzień dobry.

MK: Cześć Kasiu, bardzo się cieszę, że zechciałaś wziąć udział w podcaście Kobiety, którym chce się chcieć. Jest mi niesamowicie miło, że dzisiaj możemy ciebie usłyszeć. Może zacznijmy już teraz. Motyw Rakiety bardzo często pojawia się w twojej działalności internetowej, bo prowadzisz bloga o takiej nazwie, napisałaś i wydałaś e-booka, który w tytule też ma właśnie „Jak stałam się RAKietą”. Działasz w social mediach jako Rakieta Kasia i stamtąd właśnie kojarzę ciebie najbardziej. A mnie bardzo ciekawi to, kiedy ty poczułaś, że jesteś prawdziwą rakietą i masz siłę do tego, by stanąć do walki z przeciwnościami.

KL: To chyba wszystko zaczęło dziać się w momencie, w którym ja przestałam całe dnie i noce płakać. Bo jakby po, w momencie diagnozy i ten krótki czas po, kiedy uczyłam się, oswajałam się z myślą, że mam nowotwór, oswajałam się z tym, co mnie czeka i uczyłam się też siebie na nowo pod każdym kątem, z każdej strony. To wtedy, kiedy już właśnie minęły te łzy. Jak one mijały, to wraz z nimi przychodziła siła i ta siła pomogła mi stworzyć miejsce w internecie. Ta siła też ma na imię Sebastian, bo to on mnie jakoś w tym utwierdzał, że to jest dobry krok. Te wszystkie czynniki wpłynęły na to, że powstała Rakieta. Miejsce, w którym rozmawia się o tym, o czym większość osób boi się rozmawiać. Miejsce, które daje nadzieję. Bo tego mi najbardziej brakowało, kiedy ja zachorowałam. Bardzo szybko zaczęły napływać do mnie informacje, że ktoś umarł, ktoś znosił tak strasznie ciężko, że jakby czas od diagnozy do śmierci był bardzo krótki, wypełniony bólem. A nikt mi nie mówił, że ten czas, jaki on by nie był – tydzień, miesiąc, rok, czy pięć lat – że ten czas można przeżyć fajnie, robić dobre rzeczy, można się nim cieszyć, można się nim rozkoszować.

Te wszystkie czynniki wpłynęły na to, że powstała Rakieta. Miejsce, w którym rozmawia się o tym, o czym większość osób boi się rozmawiać.

MK: No właśnie. Powiem ci, że mam chyba podobne doświadczenia. Zwykle kiedy mówi się o chorobie nowotworowej, to nikt nie mówi o tym, że to nie jest wyrok, no nie. To nie oznacza, że wszystko może się skończyć, ale zastanawiam się, czy właśnie w tym odnajdowaniu w sobie siły, pomógł ci na pewno Sebastian i to cały czas powtarzasz i to jest piękne, że mówisz o wsparciu najbliższych. Ale zastanawiam się też, czy może też twoja wiara, bo wiem, że jesteś osobą wierzącą. Czy myślisz, że to też miało wpływ na to, że miałaś w sobie tyle siły do tego, żeby walczyć, żeby się nie poddawać.

KL: Myślę, że tak, że na pewno tak. Moja wiara dała mi spokój. Ten spokój pozwolił mnie przetrwać tę burzę. Wiara dała mi taki spokój, poczucie bezpieczeństwa. Dzięki wierze zrozumiałam, że co się nie stanie z moim życiem, czy ja będę mogła dalej żyć, czy ja już raczej będę się kierowała na drugą stronę, to dzięki wierze wiedziałam, że i tu i tam będzie mi dobrze. Wiem, że tym, którzy by tu pozostali byłoby o wiele trudniej, niż mi samej. Ale ta wiara pomagała się utrzymać jakoś na powierzchni. Ona dawała siłę, ale też spokój. A ten spokój dawał mi to, że ja nie siedziałam i nie zastanawiałam się nad tym, dlaczego ja. Dlaczego ze wszystkich ludzi na całym świecie to ja zachorowałam. Myślę, że dzięki wierze ominęłam też te pytania, że ja trochę się z tym pogodziłam. Chociaż to pogodzenie nie oznaczało, że ja byłam chętna i machałam gdzieś w pierwszej ławce, że: ja, ja, wybierz proszę mniej. To nie było tak, ale po prostu wiedziałam, że nie mam na to wpływu i że czas, który mi pozostał będzie lekcją, którą chciałabym dobrze odrobić.

Wiara dała mi taki spokój, poczucie bezpieczeństwa. Dzięki wierze zrozumiałam, że co się nie stanie z moim życiem, czy ja będę mogła dalej żyć, czy ja już raczej będę się kierowała na drugą stronę, to dzięki wierze wiedziałam, że i tu i tam będzie mi dobrze.

MK: Rozumiem to właśnie. Zastanawiam się jak ty postrzegasz swoją dwuletnią historię związaną z chorobą. Domyślam się, że to nie było najłatwiejsze życiowe doświadczenie. Bo tak jak mówisz, to nie był czas, w którym tylko się smuciłaś, ale też zdarzało się nie tylko łzy smutku, ale też łzy szczęścia i radości. Ale czy uważasz, że to doświadczenie choroby było zupełnie zbędne w twoim życiu, czy że pojawiło się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Bo wydaję mi się, że zachorowałaś chwilę po tym, jak zostałaś szczęśliwą żoną szczęśliwego męża.

KL: Ja bardzo wierzę, że do tego wszystkiego zostałam przygotowana. Bo jak sobie tak będąc już chorą usiadałam i pomyślałam o tym wszystkim, co mnie spotkało. Od razu po ślubie, czyli po najszczęśliwszym dniu mojego życia, doszłam do wniosku, doszliśmy z moim mężem do wniosku, że po tych bardzo stresujących przygotowaniach, będę jakiś czas bez pracy i potem sobie tej pracy poszukam. Ale jakoś dziwnym trafem stało się tak, że koleżanka, z którą studiowałam mówi: Kasia, bo wiesz, szukają u mnie nauczyciela w szkole, może pójdziesz? I ja może bym poszła, ale raczej nie po to, żeby dostać tą pracę, tylko żeby zobaczyć, jak wygląda potencjalna rozmowa o pracę. Okazało się, że ta szkoła jest trzy kroki od miejsca, w którym mieszkamy. Dzwonię do Seby i mówię: nie uwierzysz. Seba mówi: no i jak było, jakie pytania są, jak rekrutuje się potencjalnych pracowników, potencjalnych nauczyciela. Ja mówię, że do końca nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale ja od poniedziałku zaczynam pracę. Seba mówi: ale jak to, przecież nie po to tam poszłaś. Więc pierwszym etapem przygotowania do choroby było to, że miałam pracę, dzięki której finansowo było odrobinę lżej, jak już byłam chora. Potem byłam świadkiem na ślubie naszych przyjaciół. To było chwilę po tym, jak my wzięliśmy ślub. Trafiliśmy do księdza, z którym mieliśmy nauki przedmałżeńskie. Ksiądz Paweł mówi: Kasia, tworzę grupę, może chcielibyście dołączyć do domowego kościoła? Ja mówię, że: księże Pawle, ja w sumie czemu nie, ale też nie chcę też stawiać mojego męża, który w czasach młodości nie chodził na oazę i jakby nie był tak blisko kościoła jak ja, nie chcę go stawiać w sytuacji, w której on będzie musiał. Wiem, że żeby przybliżyć komuś wiarę, to się do niej nie zmusza. Nią się żyje, pokazuje i tylko za przykładem można iść. A nie, że wkłada się człowieka w jakieś ramy. Mówię księdzu Pawłowi, że jasne, ale myślę, że decyzja będzie po stronie mojego męża. Ksiądz Paweł powiedział mi to samo, ale też powiedział coś ważnego, co dało do myślenia Sebie. Powiedział, że Sebastian, jeśli tobie się nie spodoba, to w każdej chwili możesz wyjść.

MK: Że to nie jest decyzja, że już zawsze, do końca życia. Tylko taka furtka bezpieczeństwa w pewien sposób.

KL: Dokładnie. My też wróciliśmy do domu, przedyskutowaliśmy to, że jeżeli na pierwszym spotkaniu, nie będzie mu się podobało, będzie się czuł nieswojo, to nie będą jego klimaty, że nie tak sobie to wyobrażał, to kompromisem będzie to, że pójdzie na pierwsze spotkanie. A moim kompromisem będzie to, że ja nie będę naciskać, zmuszać go do tego, żeby tam chodził albo nie wiem, stawiać między młotem a kowadłem. Tak poznaliśmy księdza Pawła. A ksiądz Paweł przez całe moje leczenie był u nas raz w tygodniu, przygotował dla nas mszę świętą, na której byliśmy tylko my i on, i Pan Jezus. Więc to było super doświadczenie. I to już jest druga sprawa, która twierdzę, że przygotowała mnie do choroby. Więc miałam pracę, miałam powiernika duchowego, który był w tych trudnych momentach, który dał mi od razu po diagnozie ostatnie namaszczenie. I uświadomił mnie w tym, że żyłam w błędnym przekonaniu, że ostatnie namaszczenie nie jest ostatnim namaszczeniem, że ja po nim, mam prawo jeszcze żyć. Gdzie samo nazewnictwo nie pokazuje jakiejś nadziei. Kojarzy nam się też z filmów, że na łożu śmierci jest ostatnie namaszczenie, i ten ktoś w spokoju odchodzi. A okazuje się, że tak nie musi być. Ja byłam przygotowana do choroby, że ja po drodze poznałam fantastycznych ludzi, wzięłam ślub, mam fantastycznego męża, miałam wtedy pracę, miałam księdza, który był obok, który podtrzymywał mnie jakby duchowo, kiedy też zdarzało się też w jakiś sposób upadać. No i jakoś tak się zadziało, że to wszystko miało początek i koniec. I to wszystko stało się lekcją. I to wszystko było z jakiegoś powodu przygotowane. Nie wiem, z jakiego. Może z takiego, żeby powstała RAKieta. Żeby powstało miejsce w sieci, z którego ludzie mogą czerpać nadzieję. Może po to wszystko to było, żeby poznać prawdziwych przyjaciół. Żeby zakończyć relacje, do jakich zakończenia dążyło się latami i nie potrafiło się tego zrobić. Może do jakiegoś przefiltrowania życia. Myślę, że na pewno z każdych z tych rzeczy, jakie teraz wymieniłam, jakiś element był właśnie po to.